piątek, 9 grudnia 2016

Nasza Maja czarodziejka („Klątwa dziewiątych urodzin”, tekst: Marcin Szczygielski, ilustracje: Magda Wosik)


Wydawnictwo Bajka wydaje od kilku lat serię książek autorstwa Marcina Szczygielskiego o przygodach Mai z Warszawy, która razu pewnego dowiaduje się, że jej rodzina nie jest wcale taka zwyczajna jak się jej wydawało. Już ponad miesiąc temu ukazała się w tej serii książka nr 3, czyli „Klątwa dziewiątych urodzin”. Ponieważ jednak nie czytałem tomów poprzednich, zanim zabrałem się za część najnowszą, sięgnąłem po „Czarownicę piętro wyżej” i „Tuczarnię motyli”, żeby być, jak to się mówi, na bieżąco. I tak przeczytałem trylogię, która faktycznie nie jest trylogią, bo ciąg dalszy nastąpi. Trochę się z opisaniem wrażeń po lekturze zbierałem, a tymczasem „Klątwa” otrzymała nagrodę w kategorii literackiej dla dzieci w konkursie Książka Roku 2016 organizowanym przez Polską Sekcję IBBY. Trudno o lepszy powód, żeby wreszcie samego siebie kopnąć w tyłek...



Podziwiam Marcina Szczygielskiego. Przede wszystkim za swobodę z jaką porusza się po literackich gatunkach. I za pomysły. Przygody Mai to powieść dla dzieci w wieku 7-10 lat z elementami fantastyki, ale przecież Szczygielski pisze i dla dorosłych, i dla młodzieży, tworzy wreszcie sztuki teatralne. I jeszcze podziwiam, że mu ta literatura naprawdę wychodzi. Seria z Bajki jest tego koronnym dowodem. Trudno 40-letniego ojca nazwać idealnym targetem dla tego rodzaju pisarstwa, a jednak przeczytałem wszystkie trzy powieści z zainteresowaniem i nie mam poczucia, że zmarnowałem czas. Jeżeli zastanawiacie się co książkowego kupić dziecku w wieku 7-10 lat pod choinkę to polecam z czystym sumieniem.

Na początek trochę o fabule pierwszych dwóch części. W „Czarownicy piętro wyżej” Maja zmuszona jest do spędzenia wakacji w Szczecinie u ciabci Poli?? – ciabcia nie jest bowiem jej babcią, ale siostrą jej prapraprababci Niny (nie wiem czy wpisałem właściwą liczbę „pra”). Od razu nadmienię, że właśnie te koligacje rodzinne i rodowa nieśmiertelność wprowadzają tutaj spore zamieszanie i stanowią rysę na konstrukcji tego świata (np. nic nie pisze się tutaj np. o babci Mai od strony mamy). Ale ad rem – tom pierwszy określiłbym mianem rozruchowego, w którym pisarz rozstawiał pionki na szachownicy. Elementy fantastyczne są więc tutaj dawkowane stopniowo, a główny punkt ciężkości postawiony został na konfrontacji świata Mai ze światem ciabci. Ciabcia nie zmieniła bowiem nic ze swoich zwyczajów z lat dawnych, dalej ma czarno-biały telewizor, śpi w nocnej koszuli i pranie robi raz na miesiąc gotując wodę w balii. Maja występuje początkowo w roli skapryszonej dziewczynki, która stopniowo adaptuje się do staroświeckiego i fascynującego świata ciabci. I kiedy ta adaptacja zostaje dokonana a Maja zaczyna się w tym świecie poruszać w miarę pewnie, następują wydarzenia fantastyczne, do których oprócz rozmów ze zwierzętami (kot i wiewiórka Foksi podająca się za lisa), pomniejszych czarów rzucanych przez ciabcię zaliczyć trzeba przede konfrontację ze Zdradliwymi Liliami i końcowy seans spirytystyczny.
„Tuczarnia motyli” to już książka napisana ze świadomością świata przedstawionego. Akcja dzieje się to w czasie wyjątkowo śnieżnej zimy (tom I to deszczowe lato, tom III wietrzna wiosna, więc IV chyba „zadzieje” się jesienią...) – Maja przybywa do Szczecina na ferie i musi odnaleźć w pewnej oranżerii porwane Zdradliwe Lilie, bez których ciabcia i Monterowa (jak się okazuje jest trzecią siostrą ciabci i prapraprababci Niny) pozostaną małymi dziewczynkami. Oranżeria zamieszkała jest przez rozumne motyle. W czterech motylich rodach Szczygielski ukrył najważniejsze dwory XIX-wiecznej Europy i zabawa tymi tropami jest tutaj rzeczywiście przednia. W części pierwszej, jak i drugiej bardzo ważna jest postać Niny, wprawdzie nieobecna ciałem, ale okazująca się być głównym odnośnikiem wszystkich wydarzeń.


W recenzji tej skupię się jednak na części najnowszej, świeżo nagrodzonej. Już sam fakt, że nagroda trafiła do trzeciego tomu serii (która chyba szybko się nie skończy) wydaje się nie lada sukcesem. Pisanie jednej książki, stanowiącej całość kompozycyjną, bez wpisywania w jej strukturę dalszego ciągu (bo to wymusza uproszczenia) wydaje się artystycznie bardziej owocne...

Tymczasem zakończenie „Klątwy” zawiera prawdziwy „cliffhanger” i otwiera wiele możliwości kontynuacji. Przecież Nina została odczarowana tylko częściowo i pewnie w kolejnym tomie trzeba będzie dzieła dokończyć. Pojawia się też sugestia, że Maja będzie się szkolić na czarownicę, co według słów ciabci, będzie trwało bardzo długo.
O czym jest „Klątwa”? W największym skrócie: ciabcia, Monterowa, kot, Foksi (i oczywiście Zdradliwe Lilie) przyjeżdżają do Warszawy, żeby wyjaśnić tajemnicę zniknięcia Niny, co wiąże się ze znalezieniem konkretnej cegły przywiezionej do stolicy po wojnie. Treść wypełniają więc poszukiwania, w których pomagają bohaterowie warszawskich legend. Do tego w tle mamy szalejącą nad stolicą wichurę, która daje Szczygielskiemu możliwość nasycenia wydarzeń niewymuszonym humorem - latająca windziarka Kuropatwa, powieść „Zaraza miłości”, rewizje warszawskich legend, uważam że to się udało i zostało ciekawie przez pisarza rozwinięte. Bohaterowie także już „okopali się” na swoich pozycjach – Monterowa jak zawsze jest zgryźliwa, aczkolwiek ma dobre serce, ciabcia to ostoja rozsądku, Foksi (w tomie II jej nie było) jest jeszcze bardziej denerwująca, a Maja, która rozsmakowała się już w swoim realistyczno-fantastycznym życiu jest bardzo zdeterminowana, żeby szybko rozwiązać zagadkę. Akcja toczy się warto i śledzenie perypetii bohaterów daje dużo niegłupiej rozrywki i zabawy.

Ale kiedy książka dostaje ważną nagrodę, a konkurs Książka Roku IBBY swoją renomę już ma, wypada jeszcze dodatkowo zapytać: dlaczego akurat „Klątwa dziewiątych urodzin”? Przyznaję, że z nominowanych pozycji czytałem tylko „Praktycznego pana”. Wydaje mi się jednak, że wybór jury można odbierać jako nieco zachowawczy. Nie czytałem książek, ale czytywałem recenzje i wiem, że są tam np. pozycje traktujące o uchodźcach. Temat super ważny dzisiaj i sam chętnie bym go moim dzieciom przybliżył dzięki literaturze. Tymczasem trzeci tom serii Szczygielskiego to dobrze napisana przygodówka, jednak od książki stawianej na piedestał oczekiwałbym czegoś więcej. Zastanawiając się nad tym wszedłem na polską stronę IBBY i przeczytałem tam, co brane jest pod uwagę przy ocenie literackiej wartości nominowanych:

(...) zdecydowaliśmy się na kryterium wysokoartystyczne. Bierzemy pod uwagę jakość tekstu literackiego, to, czy jest dobrze napisany, czy narracja jest interesująco poprowadzona, czy świat przedstawiony i jego bohaterowie nie są wtórni i banalni.

A jeżeli tak to wszystko okay. Nagroda trafiła tam gdzie trafić miała. Tylko czy aby przymiotnik „wysokoartystyczne” nie ma szerszego znaczenia?
 
PS. Korzystając z okazji chciałbym jeszcze dodać, że nie podoba mi się jak Magda Wosik rysuje ciabcię i Monterową:)

/BW/



sobota, 3 grudnia 2016

Starzy znajomi ze Sztokholmu („Święta dzieci z dachów” tekst: Mårten Sandén, ilustracje: Lina Bodén)


Nic tak dobrze nie wprowadza w klimat świąt jak porywająco napisana świąteczna historia. Żadne tam sztuczne zapachy w supermarketach, ani ten cholerny Frank Sinatra, ani ten równie cholerny kawałek Wham, który dociera do twojego mózgu w każdym zakątku miasta. Żadne tam choinki na rynkach, żadne tam bożonarodzeniowe jarmarki „Cukier w normie”.  Opowieść, fabuła, historia – tego nie zastąpi nic.
Akurat pojawiła się świąteczna opowieść w niezawodnym Wydawnictwie Zakamarki zatytułowana „Święta dzieci z dachów”. Trochę trudno o niej pisać bez spojlerowania, ale mimo to spróbuję.


Jest to książka, która od razu, na wstępie nie epatuje wszechświątecznym anturażem, nie manifestuje jaka to jest klimatyczna i jak to się z niej przekonamy, że ludzie są w sumie dobrzy, a tych złych nie dość, że niewielu to jeszcze pod wpływem „magii tych świąt” przeglądają na oczy i stają się dobrzy. Okładka i ilustracje wewnątrz zapowiadają opowieść kameralną i nieoczywistą. W trakcie lektury przekonacie się jak sprytnie i długo udaje się Mårtenowi Sandénowi (we współpracy oczywiście z ilustratorką Liną Bodén) przekonywać czytelników, że to nie jest o tym, czego się spodziewamy. A jednak uspokajam – to właśnie o tym jest. Wiem, że brzmi to jak bełkot, ale właśnie tak a nie inaczej sprawy się mają w tej książce. Krótko o treści. Rzecz dzieje się w pokrytym śniegiem Sztokholmie, do którego trafia trójka małych uciekinierów z domu dziecka: dwie dziewczynki Stella i Mago oraz chłopiec Issa. Jak się okazuje oprócz odszukania taty Mago czeka ich dużo bardziej odpowiedzialna misja... 




Historia uwodzi retro klimatem - zarówno w opisach, jak i na ilustracjach mamy starą zabudowę Sztokholmu, kamienice, wieże, kościoły, ogród zoologiczny. Wszelkie przejawy nowoczesności są wypychane poza kadr. Tak przygotowana i pokazana przestrzeń pozwala na odrealnienie historii. A przecież dzieje się to w czasach nam współczesnych, a bohaterowie posługują się telefonami komórkowymi. Początkowo (ucieczka dzieci z sierocińca) można odnieść wrażenie, że będziemy mieli tutaj do czynienia z fabułą o problemach społecznych, w której elementy świąteczne są tylko dodatkiem – jednak przez świadomą bajkowość, która waz z kolejnymi stronami pochłania tę historię, przez jej stopniowe uwolnienie od rygorów prawdopodobieństwa, szybko przechodzimy w znane rejony świątecznego „pokrzepiacza” serc.



Dzieci z sierocińca i dachów, opiekująca się nimi Miriam, skrzaty, wielki sklep zwany Pałacem Zabawek, fabryka w górze, zaginiony ojciec z Afryki, czarny charakter, który wykorzystał chwilę słabości swego przełożonego, aby bez skrupułów zająć jego miejsce - wszyscy ci bohaterowie, miejsca i atrybuty kojarzą się z wielką literaturą zeszłych wieków, oczywiście z Karolem Dickensem („Oliwer Twist”, „Opowieść wigilijna”), z wielkimi dziełami XIX-wiecznej literatury dziecięcej, w których następuje konfrontacja dziecka z miastem. Ale przecież i „Nędzników” Wiktora Hugo należy przywołać – w końcu to tam pojawiła się postać paryskiego chłopca ulicznika Gawrosza. Tropy te sprawiają, że „Święta dzieci z dachów” czyta się z wielką przyjemnością, ma się wrażenie przebywania w towarzystwie starych znajomych, którzy zeszli się tutaj z różnych literackich światów. Ma na to wpływ także staranny język narracji (tłumaczenie: Agnieszka Stróżyk). Jednak sama historia pozostawia pewien niedosyt – kilka wątków wprost domaga się rozwinięcia (dzieci z dachów), a niektóre postacie zostały pokazane zbyt pobieżnie (Von Stump – szkoda tak ciekawego negatywnego bohatera). Oczywiście życzyłbym sobie, żeby wszystkie książki świąteczne pisano z takim wyczuciem i świadomością literackiej tradycji. Jednak nie wszystko da się załatwić klimatem i magią.

Wielkie słowa uznania należą się jakości wydania – nietypowy format, gruby papier, płócienny grzbiet sprawiają, że to wydanie doskonale nadaje się na prezent. Aha warto też wspomnieć, że jest to tzw. książka adwentowa, którą czyta się od 1 grudnia do Wigilii. Dzisiaj już wprawdzie trzeci grudnia, ale zawsze można na początek przeczytać kilka rozdziałów – z pewnością pozwoli to lepiej wczuć się w historię.

/BW/


środa, 30 listopada 2016

Rycerze okrągłego placu („Król” tekst: Ewa Madeyska, ilustracje: Kasia Matyjaszek)


Wydawnictwo Dwie Siostry wypuszcza na rynek tyle książkowych wspaniałości, że czasami coś drobniejszego i mniej spektakularnego może umknąć. I uważam, że stało się tak z „Królem” Ewy Madeyskiej, czyli drugą częścią przygód Frani znanej z „Okularków”. Książka przeszła trochę bez echa, na blogach cisza, a tymczasem jest to pozycja naprawdę wartościowa i według mnie bardzo przydatna. Ale po kolei.


 Okularki” zostały przez moje dzieci pokochane miłością bezbrzeżną. Nie potrafię policzyć dokładnie ile razy przeczytałem tę książkę. Wydaje mi się, że około 150 razy. Kostek znał na pamięć niektóre fragmenty, że o sobie przez skromność nie wspomnę. Zresztą historia Frani (i ilustracje Kasi Matyjaszek) znalazły uznanie także u mojej 2,5-letniej córeczki Matyldy. Dlaczego? Wydaje mi się, że Ewa Madeyska napisała tekst, który trafia dzieciom do zrozumienia. Udała jej się ta trudna sztuka. Narratorka mówi językiem dziecka, jest tu sporo franiowych neologizmów, z których Kostek się zaśmiewa, i sytuacji znanych z życia – mamy domowy kołowrót, przedszkole, przezywanie, pierwsze konflikty i problemy, pierwsze odkrycia, pierwsze radości i pierwsze smutki. I cały czas na poziomie 5-letniego dziecka. Nie boję się napisać, że żadna z książek, które czytałem moim dzieciom nie potrafiła tak wiernie opisać znanego im świata, życia, problemów. I jest to chyba także pierwsza lektura, przy której potrafiliśmy uwierzyć, że akcja naprawdę dzieje się w Polsce. Z utęsknieniem czekaliśmy więc na „Króla”. I muszę przyznać, że nasze oczekiwanie zostało w pełni nagrodzone. Dwójka jest moim zdaniem jeszcze lepsza od jedynki

Wracamy do świata Frani i po wprowadzających „Okularkach”, gdzie poznawaliśmy wszystkich bohaterów (co powodowało pewien tłok w świecie przedstawionym), dostajemy nową oddzielną historię, w której udział bierze w zasadzie tylko Frania (możemy dla porządku doliczyć Zuzę z Drabiną na Głowie i Manię, ale one tworzą drugi plan). To oczyszczenie placu jest moim zdaniem strzałem w dziesiątkę! Historia dotyczy tym razem dwóch niezwykle istotnych spraw: kontaktów z rówieśnikami na placu zabaw (który jest jak wiadomo miejscem pierwszych indywidualnych społecznych kontaktów) i niepełnosprawności. 





Jest szóstek (sobota) i Frania z Zuzą i Manią udają się na wielki plac zabaw w środku miasta. Frania boi się tam iść, bo wie że będą tam „oni” czyli chłopcy, którzy jej dokuczają: Jasiek i Stasiek. Wygląda to źle, bo opiekunka Zuza jest „głucha i ślepa”. Tym razem jednak w starciu z chuliganami dziewczynce pomoże chłopiec jeżdżący na wózku – Artur Król. Dzięki niemu Frania przekona się, że strach najczęściej wynika z niewiedzy.

A więc tak: konflikt na placu zabaw znamy z autopsji (pytanie: któż nie zna?), więc Kostek tej opowieści słucha z zapartym tchem. Niepełnosprawność Artura także została tutaj pokazana w sposób niezwykle naturalny, bez wielkich słów, akurat na poziomie percepcji pięciolatka. Czemu nie chodzisz? – pytania Frania Artura. Bo jeżdżę – odpowiada chłopiec.

W „Królu” jest też wszystko to na co przez ten rok czekaliśmy – interesująca i znana główna bohaterka, która nie jest idealnym dzieckiem, kolejna porcja pomysłowych neologizmów i skojarzeń (krzywa wieża na pizzy:), krótkie zdania i dużo prawdziwych przebitek z życia małego człowieka, ciekawie myślącego, ale emocjonalnie niedojrzałego. Nie ukrywam też, że przy pierwszym czytaniu byłem nieco zaskoczony (lekko zawiedziony?) bajkowo-fantastycznym starciem Artura i Frani z chłopakami. Spodziewałem się tutaj jakiegoś zdroworozsądkowego rozwiązania, ale po kilku kolejnych czytaniach doceniłem pomysł Ewy Madeyskiej i nie wyobrażam sobie, żeby zostało to napisane inaczej.



Rano, kiedy zbieraliśmy się do przedszkola Kostek zapytał:
- Tato, a kiedy będzie trzecia część przygód Frani?
Powiedziałem mu, że jeszcze jej nie ma, ale pewnie będzie. Pewnie.
Nie wiem czy pani kiedykolwiek przeczyta tę recenzję pani Ewo, ale jeśli tak to mam prośbę: proszę nas nie zostawiać z drugą częścią „Małych katastrof”. Choćby taki wątek babci Antoninki jest jak najbardziej do pociągnięcia... Kontakt dziecka ze starością, śmiercią... Oczywiście nic nie sugeruję;) Napiszę tylko tyle, że czekamy.


/BW/

poniedziałek, 28 listopada 2016

Architektura ludzkiego wnętrza („Maum. Dom duszy” tekst: Heekyoung Kim, ilustracje: Iwona Chmielewska)


Czy fakt, że postanowiłem po raz pierwszy opisać na blogu książkę współtworzoną przez Iwonę Chmielewską świadczy o tym, że miejsce to osiągnęło coś w rodzaju blogowej dojrzałości? Być może, natomiast na pewno wiem jedno: bloga o literaturze dla dzieci prowadzić i o Chmielewskiej nie napisać to jak bez mała w Rzymie być i papieża nie widzieć. Erupcję jej talentu w literaturze dziecięcej, która dokonała się po roku 2000 (i trwa do dzisiaj) uznać można za symbol rosnącej rangi tego rodzaju twórczości, którą widzimy w Polsce. Chmielewska zresztą nie tylko na naszym podwórku jest znana. Należy do rosnącej grupy rodzimych twórców książek dziecięcych, którzy publikują z sukcesami na całym świecie. Jak ktoś kiedyś napisze syntezę pt. „Historia literatury dla dzieci po 1989 roku” to powinien poświęcić artystce z Torunia sążnisty rozdział.



„Maum. Dom duszy” (Wydawnictwo Warstwy) nie jest książką autorską, ale owocem współpracy z koreańską pisarką Heekyoung Kim. W największym skrócie jest to poetycki traktat o duszy. Tylko co to jest za dusza? Wszak dusz jest pełno. Nie jest to byt niełatwy do zdefiniowania i w zależności od religii, filozofii czy też języka znaczący trochę co innego. Na przykład religia chrześcijańska mówi, że dusza ludzka ma naturę rozumną i jest nieśmiertelna. Ale polski język potoczny twierdzi, że możną duszę mieć na ramieniu, może nam w niej grać i można wyznawać zasadę hulaj dusza. Dla mnie zatem jest bytem jednocześnie dogmatycznie poważnym, ludycznie rubasznym i metafizycznie płochliwym. Mógłbym teraz dodać jeszcze kilka definicji, porównać kilka religii i polać to wszystko popkulturowym sosem – tylko w zasadzie jaki miałoby to cel? Zapoznanie się z treścią książki pozwala od takich dywagacji uciec. W tym przypadku dusza to pojęcie symbolizujące ludzkie wnętrze. Maum po koreańsku oznacza wszystko to, co składa się na duchowość człowieka: charakter, emocje, umysł, pamięć… 



Książka Heekyoung i Chmielewskiej nie skupia się zatem na rozważaniach religijnych, ale po prostu traktuje o człowieku, to interesujące humanistyczne dociekania przeprowadzone zarówno na poziomie tekstu, jak i ilustracji. Heekyoung porównuje duszę do domu i to architektoniczne porównanie, które – nie będę ukrywał – na początku wydawało mi się trochę wyświechtane i ryzykowne (bo łatwo może osunąć się w banał), udało koreańskiej autorce pięknie wybronić. Są tutaj fragmenty, które zapadają w pamięć, mimo tego iż złożone zostały z elementów znanych:


W domu duszy są schody.
Kiedy kłócisz się z kolegą, masz przed sobą dziesięć schodów.
Kiedy robisz przykrość mamie, masz do pokonania sto schodów.
Gdy sprawa jest jeszcze trudniejsza, masz ich przed sobą tysiąc.
A bywa, że schody nigdy się nie kończą.


„Wyblakłe” ilustracje w „Maum” to płaszczyzna osobna, a jednocześnie silnie zespolona z tekstem. I tak wiem, że to zdanie może wyglądać na sprzeczność. Artystka z Torunia uważa przecież, że ilustracje w książce powinny prowadzić własną narrację. Od początku swojej twórczej drogi pokazuje co naprawdę znaczy gatunek picture booka, u nas trochę niefortunnie spolszczonego na „książkę obrazkową”. Chmielewska pokazuje nam wszystkim (nawet jedynie piszącym o książkach) ten wspaniały, wyższy cel, to dążenie literatury dla dzieci do zyskania pełnej autonomii, do wyzwolenia się z gęby „bajeczek na dobranoc”. To jest właśnie ten moment, w którym na usta ciśnie mi się słowo „sztuka” i nie czuję, że brzmi ono fałszywie.
Mamy więc tutaj filozofującą poezję i metaforyczną, malarską ilustrację, która została stworzona do interakcji. Zamykanie książki, obracanie, patrzenie pod kątem – pozwala to czytelnikowi odkryć w „Maum. Dom duszy” dodatkowe treści.

A na koniec mam takie przemyślenie, może, ja wiem, trochę głupie, do którego nie powinienem się tutaj przyznawać. Ale co tam! Jak patrzyłem na tę książkę z zewnątrz (przez pryzmat blogowych recenzji na przykład) to wydawała mi się jakimiś artystowskimi nudami, ale kiedy sam ją przeczytałem moim dzieciom, kiedy się z nią zmierzyłem osobiście, indywidualnie i samodzielnie to zrozumiałem, że jest to książka mądra i piękna. Cóż, chciałbym częściej tak owocnie się mylić...

/BW/

niedziela, 20 listopada 2016

Niewielkie różnice („Doris ma dość” tekst i ilustracje: Pija Lindenbaum)


Nie wiem czy to dobry pomysł, żeby zaczynać recenzję książki dla dzieci odwołaniem do „Pulp fiction” Quentina Tarantino? Jednak zawsze musi być ten pierwszy raz. Zapewne ci, którzy oglądali PF pamiętają scenę, naśladowaną potem w milionie innych filmów, w której Jules i Vincent Vega jadąc samochodem rozmawiają m.in. o tym, że w Europie jest to samo co w USA, ale inaczej się nazywa i przez to jest bardziej „elitarne”... Pada tam określenie „little differences”, niewielkie różnice. Że właśnie w nich tkwi (według Vincenta) przewaga tego, co europejskie.
Właśnie ta scena przypomniała mi się kiedy czytałem z moimi dziećmi „Doris ma dość” Piji Lindenbaum (Wydawnictwo Zakamarki). Wyobraziłem sobie samego siebie, siedzącego na fotelu pasażera, z kolczykiem w uchu i włosami do ramion.
- Wiesz co zwraca moją uwagę w książkach Piji Lindenbaum?
- Co?
- Niewielkie różnice.


Kiedy czytaliśmy historię małej Doris, która nie chce iść na przyjęcie urodzinowe w nielubianej sukience (chce w stroju marynarskim), a zamiast tego pragnie bawić się w piaskownicy – myślałem właśnie o tych drobnych, małych różnicach, które sprawiają, że ta historyjka ma swoją specyfikę. Jest przecież charakterystyczna, każdy rodzic taką lub podobną zna z własnego doświadczenia, a i przedstawiono takich historyjek w książkach niemało. Jednak u Lindenbaum brzmi ona inaczej, ciekawiej, bardziej zastanawiająco. Dlaczego? Właśnie dzięki niewielkim różnicom. Kryjących się w drobiazgach.



Po pierwsze tekst pokazuje sposób myślenia małej dziewczynki, ona jest tutaj narratorem, opowiadaczem, autorka oddaje głos dziecku. Dzięki temu narracja nie jest kompletna, a wielu rzeczy dowiedzieć się trzeba z ilustracji albo próbować domyślić samemu. Na przykład skąd rozdrażnienie małej dziewczynki? Czy wynika ono tylko z narzuconej wizyty i stroju? A może ma to również związek z tropem (który widzimy na ilustracjach) – że rodzina właśnie wprowadziła się do nowego domu, a tym samym dziecko zmieniło miejsce zamieszkania? Dlaczego Doris wychowują mama i Daniel? Czemu Daniel jest tylko Danielem, a nie tatą? A brat Egon? Dlaczego zawsze jest taki milczący i mało empatyczny? Na te pytania nie dostajemy w tekście konkretnych odpowiedzi. Osobną sprawą jest jeszcze ucieczka, w czasie której Doris przemierza przestrzenie będące kontaminacją miejsc prawdziwych z fantazjami dziewczynki – odwiedza kebab, spotyka duże dziewczyny i panią Musztardę, wreszcie wpada do rowu z cuchnącą wodą... Trochę jak w opisywanym niedawno na blogu „Musie jabłkowym” ucieka w swój własny świat, który jednak szybko przestaje być światem bezpiecznym i przyjaznym. Szybko pokazuje małej Doris swoje prawdziwe, groźne oblicze. Małe dziecko nie potrafi sobie jeszcze poradzić z lawiną emocji. Powinni pomóc mu dorośli, co też się w książce Lindenbaum dzieje.



Autorka doskonale „czuje” dzieci (pamiętamy choćby książki o przygodach Nusi) i opisuje sytuacje konfliktowe, których zrozumienie może bardzo pomóc rodzicom. Naprawdę nie są to słowa na wyrost - wiele przydatnych porad i obserwacji można stąd zaczerpnąć dla siebie. A zatem można by rzec, że niewielkie różnice robią jednak u Piji Lindenbaum różnicę wielką.

/BW/

poniedziałek, 14 listopada 2016

Chapeau bas! („O! Kapelusz!” tekst i ilustracje: Jon Klassen)


Na pierwszy rzut oka wydaje się to niezwykle proste. Bierzemy dwa żółwie wyrażone w kolorach ciemnych, jeden biały kapelusz, ze trzy kamienie, dwa kaktusy, trzy rodzaje nieba (szare, lekko brązowe i nocne), wrzucamy do tego pomarańczową kulę słońca i co ważne nie zapominamy o oczach – białych, w kształcie migdałów z czarnymi kropeczkami. Akcję umieszczamy w miejscu uniwersalnym, choćby na pustyni jaką znamy z westernów (wszak i kapelusz może być zarówno farmerski, jak i kowbojski). Tak przygotowane elementy rozkładamy oszczędnie po stronach i doprawiamy kilkunastoma zdaniami fabuły pamiętając, żeby emocje rozgrywać przede wszystkim w żółwich oczach. 



Rzeczywiście wydaje się proste. Sęk w tym, że proste wcale nie jest. Gdyby było każdy mógłby zostać Jonem Klassenem, co na szczęście jest niemożliwe. Kanadyjski pisarz i rysownik stworzył swoją książkę według zasady Miesa van der Rohe „less is more”. Mniej znaczy więcej. Wydaje mi się, że proste historie mają niezwykłą właściwość przyciągania złożonych myśli. Proste historie są jak nie do końca zapisane księgi. Dopiski i kontynuacje pochodzą zwykle od czytelników. Dlatego mam nadzieję, że nie będziecie mi mieć za złe, że nie zdradzę żadnego fragmentu fabuły „O! Kapelusz!” (Wydawnictwo Dwie Siostry). Chciałbym napisać jednak, że jest to książka o tym, że przyjaźń to wyzwanie, o tym że chęć posiadania potrafi niekiedy w całości zawładnąć naszymi myślami, a także o tym (tutaj przymrużam oko), że sen jest lekarstwem na wszystko.



Gdyby tej historii o dwóch żółwiach i kapeluszu byłoby to do czegoś potrzebne, to chętnie stworzyłbym na jej cześć jakiś pochwalny panegiryk. A najlepiej trzy: bo ma zasługi zarówno na polu tekstowym, ale też ilustracyjnym i tekstowym. Tymczasem jedyne co mi przychodzi w tej chwili do głowy (a raczej z głowy) to jakże tutaj pasujący francuski zwrot: chapeau bas! 

/BW/

Share

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...