piątek, 24 lutego 2017

Pożytki z czytania i akceptacji („Kajtek, uważaj! Mały miłośnik książek zakłada okulary” tekst: Jennifer Berne, ilustracje: Keith Bendis)


Sympatyczna historyjka o szpaku Kajtku cierpiącym na dalekowzroczność. Z pewnością przyda się rodzicom, których dzieci muszą nosić okulary, ale nie tylko. Trochę tutaj o akceptacji, trochę o pożytkach płynących z lektury i miłości do książek, trochę o logicznym myśleniu, a do tego kilka informacji historyczno-naukowych. Na pewno warto sięgnąć i przeczytać dzieciom. Moim bardzo się podobało.


Kajtek jest wielbicielem czytania i poznajemy go, gdy przesiaduje w bibliotece. Właśnie tam, podczas lektury zdaje sobie sprawę ze swojego problemu ze wzrokiem. Od razu udaje się do okulisty, który zaleca mu noszenie okularów. Nowy wygląd ptaka nie znajduje jednak uznania szpaczej społeczności. Dopiero kiedy okulary pomogą w kryzysowej chwili, inni dochodzą do wniosku, że jest to rzecz przydatna, czy wręcz taka, którą można się chwalić. Wkrótce Kajtek przestanie być więc jedynym „okularnikiem” w stadzie… 



Teraz tak: główny bohater tej historii da się lubić. Na stronie autorki widziałem, że powstała jeszcze jedna książka o jego przygodach pt. „Calvin can’t fly”. Dobrze, bo rzecz aż prosi się o trochę rozwinięcia. Przyznam, że trochę mi tego tutaj brakowało - poszerzenia tła głównej opowieści, takiego większego fabularnego oddechu. Świat, który poznajemy czyli to Leśne Miasteczko z biblioteką, usługami i sklepami ma potencjał. Być może nie powstałby z tego od razu jakiś bardzo nowatorski i odkrywczy, alternatywny świat zwierząt, ale historia z pewnością stałby się pełniejsza. Tymczasem większość informacji o kajtkowym uniwersum odczytujemy z ilustracji Keitha Bendisa, który na dużych kwadratowych stronach rysuje dosyć mini.
Od razu może jeszcze dodam, że bardzo mi się nie podobało polskie liternictwo wstawione do oryginalnych ilustracji – czcionki, których użyto do spolszczenia stojących na półkach biblioteki tytułów książek czy wiszących na drzewach szyldów wyglądają jak kwiatek do kożucha, albo raczej kożuch do kwiatka. Robi to źle tym całkiem przyjemnym ilustracjom.

Pomijając jednak drobne minusy przesłanie, a raczej przesłania, „Kajtek, uważaj” bardzo mi odpowiadają i uważam, że są ważne, wartościowe i warte promowania. Po pierwsze więc z książek można czerpać wiedzę, która przydaje się w życiu. Po drugie: akceptacja inności wychodzi naszym dzieciom i nam na zdrowie. Czytajmy więc i akceptujmy!

/BW/




środa, 22 lutego 2017

Baśnie według Gabrieli Mistral („Czerwony kapturek”, „Śpiąca królewna” tekst: Gabriela Mistral, ilustracje: Paloma Valdivia do „Czerwonego Kapturka”, Carmen Cardemil do „Śpiącej Królewny”)


Dwie klasyczne baśnie opowiedziane wierszem w latach 20. przez chilijską poetkę (i laureatkę Nagrody Nobla z 1945 roku) Gabrielę Mistral (1889-1957). Polskie przekłady poezji Mistral są w Polsce właściwie nie do zdobycia, dlatego dobrze, że Nasza Księgarnia zdecydowała się wydać jej baśnie. Przede wszystkim zwraca uwagę forma wydania – wspaniałe ilustracje (trudny wybór, ale dla mnie wygrywa „Czerwony Kapturek”), okładka z grubego, szarego kartonu... Te książki to po prostu piękne przedmioty, które chce się trzymać w rękach i przeglądać. Ich forma zdobyła zresztą wiele nagród (m.in. w Bolonii).
Ale wygląd to nie wszystko. Baśnie  nie są wcale dla poetki rodzajem pisarskiej odskoczni (napisała jeszcze „Kopciuszka” i „Królewnę Śnieżkę”), ale podejmują wątki i styl jej podstawowej twórczości. Nie miejsce tutaj na dokładne analizowanie specyfiki tej poezji – napiszę tylko tyle, że Gabriela Mistral urodziła się na wsi i wątki związane z naturą, ziemią, doświadczaniem rzeczy, ale też ludową skłonnością do snucia opowieści są ważnymi elementami jej pisarstwa. Widocznymi także w baśniach. 


W obu książkach znajdziemy na końcu krótkie posłowia autorstwa Manuela Peñy Muñoza, które są niezwykle pomocne w pełniejszym zrozumieniu tych tekstów. Ale wcale nie musicie ich czytać. Nie myślcie, że to jest martwa literatura, którą reanimować trzeba historycznoliterackim posłowiem! Tekst poetycki broni się sam, jest pięknie napisany i pięknie przetłumaczony (Krystyna Rodowska!). Liryka to oszczędna, sugestywna. Pewnie w mainstreamie się nie przyjmie, ale cóż… jego strata. Mainstreamu znaczy.

Gabriela Mistral opowiada znane fabuły baśniowe przy wykorzystaniu z rzadka rymowanego a chwilami białego wiersza. Taka forma pozwala czytelnikowi spojrzeć na te klasyczne i przemielone w tysiącach wersji historie w zupełnie inny sposób. Albowiem poetka oprócz tego, że snuje główną archetypiczną opowieść wprowadza mnóstwo dodatkowych smaczków - porównań, poetyckich „pochyleń” nad szczegółami, w sposób bezpośredni pisze o zmysłowości i seksualności. 




Chilijska poetka zaadaptowała baśnie znane w wersjach autorstwa Charlesa Perrault’a. Dlatego „Czerwony Kapturek”, który kończy się pożarciem przez wilka dziewczynki (w „Śpiącej królewnie” różnice nie są tak widoczne). Nie ma tutaj myśliwego czy drwala, którzy rozcinają brzuch i uwalniają Kapturka. Tak było w wersji braci Grimm. Perrault pisał jednak swoje baśnie tyleż dla zabawy, co w określonych edukacyjnych celach a w CZK brzmi on: „Piękne młode dziewczęta źle czynią, jeśli dają posłuch osobom wszelkiego rodzaju; nie można się wtedy dziwić, że stają się łupem wilka”. Bettelheim twierdził, że wersje Perrault’a nie są baśniami, ale „opowieściami ku przestrodze”, tymczasem „baśń jest wielopłaszczyznowa i ma wiele znaczeń, tylko samo dziecko może wiedzieć, które z nich są dla niego ważne w danym momencie. (…) Ale możliwe to jest tylko wtedy, jeżeli dziecku nie wyłuszcza się z dydaktycznymi intencjami, o czym niby jest dana historia”. Myślenie Bettelheima jest mi bliskie, ale nie chciałbym wchodzić tutaj głębiej w te kwestie. Rozumiem, że dla poetyckich celów wersja Perrault’a mogła wydać się Mistral bardziej atrakcyjna. 



Pod piórem noblistki to historia krótka, skondensowana, ale też chwilami drastyczna, nie uciekająca się do zawoalowanych sugestii – relacja wilka i dziewczynki nacechowana jest seksualnością i cielesnością. Wielu zapewne powie, że to obrazowanie jest nieodpowiednie dla małych dzieci. Drastyczność to jednak nierozłączny, ważny element baśni – prędzej martwiłbym się czy dziecko jest w stanie przyswoić niełatwą poetycką formę.

Ja czytałem i słuchali z zainteresowaniem, ale trudno mi przewiedzieć reakcję waszych dzieci. Nie martwcie się jednak, najwyżej książki te powędrują do waszej biblioteczki. Z pewnością są tego warte.

PS Szkoda, że posłowia oraz biogramów poetki i tłumaczki nie uzupełniono biogramami ilustratorek...

/BW/



czwartek, 16 lutego 2017

Przyjemne i pożyteczne („Siedmiu wspaniałych i sześć innych nie całkiem nieznanych historii”, tekst: Roksana Jędrzejewska-Wróbel, ilustracje: Marianna Oklejak)


Uwspółcześnianie klasycznych baśni to jeden z popularnych nurtów w literaturze dziecięcej. Pewnie w przypadku nas (czyli czytelników) działa tutaj zasada, że najlepiej lubimy te „piosenki”, które już znamy. Ale nie można przecież zapominać o sile baśniowych historii i ukrytych w nich znaczeniach – to one sprawiają, że baśnie do dziś nie straciły swojej atrakcyjności. Zaś dla pisarzy taka zabawa konwencją to pewnie spora adrenalina. Mam nadzieję, że czuła ją również Roksana Jędrzejewska-Wróbel, autorka „Siedmiu wspaniałych”. Trzecie wydanie tego zbioru (ze wspaniałymi ilustracjami Marianny Oklejak) niedawno ukazało się w Wydawnictwie Bajka


Nie znałem wcześniej tej książki i przyznaję – miałem obawy. Chyba z racji tego, że pisania na nowo starych baśni podejmowało się wielu pisarzy i niestety często efekt był literacko bardzo powierzchowny. Podobnie zresztą jak powierzchowne bywają utwory dla dzieci określane jako terapeutyczne (wyjaśnię może, że tak w zasadzie funkcjonują teksty Jędrzejewskiej-Wróbel zawarte w tym tomie - jako bajki terapeutyczne wykorzystujące znane baśniowe motywy). Miałem z takimi tekstami kontakt wielokrotnie, bo wiecie człowiek sobie myśli, że jak będzie czytał to uchroni dziecko przed niebezpieczeństwami tego świata. Czytałem. I przeważnie brzmiały jak wypracowania na zadane tematy (a piszą je często doświadczeni autorzy!). Autorka „Siedmiu wspaniałych” uniknęła tej sztuczności. Okazuje się, że baśniowe rekwizytorium wciąż może być źródłem świeżej inspiracji. Rekwizytorium to umożliwia grę z konwencją, puszczanie oka do czytelnika, który może wyłapywać podobieństwa i różnice. I przy tym wszystkim problemy tutaj poruszane są naprawdę aktualne!



Książka została napisana w roku 2010 i od tego czasu wiele się nie zmieniło, a wręcz zagrożenia opisane w „Siedmiu wspaniałych” jeszcze bardziej się wyostrzyły. Przede wszystkim czuć, że autorka dogłębnie przemyślała wersje klasyczne, rozłożyła je na czynniki podstawowe i potem misternie poukładała nowe konstrukcje, nie ograniczając się do przenoszenia baśniowej historii do naszych czasów, ale często zmieniając zupełnie role i charaktery postaci – np. w „Trzech obrotnych świnkach” to wilk jest uosobieniem beztroski i spokoju i jest narażony na „atak” świnek-akwizytorek, a w „Kapciuszku” w roli Kopciuszka występuję matka, a nie córka. Co jest wartościowe – każda przedstawiona tutaj historia nie została ograniczona do prezentacji jednego problemu – np. „Wieża sławy” to krytyka celebryckiego podejścia do życia, ale też planowania przez rodziców przyszłości dziecka bez pytania go o zdanie, a „Trzy obrotne świnki” to ostrzeżenie przed nieuczciwymi akwizytorami, ale też krytyka konsumpcyjnego stylu życia. I bohaterowie, chociaż pochodzą ze znanych baśni, po drobnym „liftingu” dobrze pasują do współczesności, bez większych problemów jesteśmy w stanie uwierzyć w ich istnienie.

W książce znajdują się teksty różnej długości – mnie najbardziej przekonały te krótsze jak „Kapciuszek”, „Trzy obrotne świnki” czy tytułowe „Siedmiu wspaniałych”. Dla dobrze, podkreślam dobrze, znających oryginały lektura tej książki to także duża przyjemność odnajdowania baśniowych motywów, postaci, przedmiotów.

Baśnie najbardziej lubię w wersjach oryginalnych (bracia Grimm są mi najbliżsi), tym niemniej czytanie „nie całkiem nieznanych historii” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel okazało się dla mnie (i oczywiście moich dzieci!) przyjemne i pożyteczne.

/BW/




poniedziałek, 13 lutego 2017

Czy architekt ma interesujący zawód? („Ignaś Kitek, architekt” tekst: Andrea Beaty, ilustracje: David Roberts)


Bardzo mnie cieszy, że w Polsce pojawia się coraz więcej tłumaczeń książek dla dzieci dotyczących pracy architekta i architektury. Miło też słyszeć, że gdzieś tam, w świecie, pozycje te mają status bestsellerów. „Ignaś Kitek, architekt” (w tytule jest rym, podobnie zresztą jak w wersji angielskiej) to książka, która odnosi się do specyfiki zawodu i pokazuje, w wersji mini, z jakimi wyzwaniami musi mierzyć się na co dzień architekt (podobnie było w wydanym u nas niedawno „Młodym Franku, architekcie” Franka Vivy). 


Z zainteresowaniem przyglądam się w jaki sposób o pracy architekta opowiadają książeczki dla dzieci. Te polskie i te tłumaczone. I przyznaję, że nie trafiłem jeszcze na fabularną historię stworzoną przez rodzimych autorów, dotyczącą stricte tego zawodu (przy całym szacunku dla twórców zarówno „Pan Tom buduje dom” Themersonów jak i „Dom” Wiery Badalskiej nie do końca o tym traktują). Owszem pojawiały się nowsze próby, nazwijmy je instytucjonalnymi, opisania tej profesji, ale przeważnie brnęły w łopatologiczną dydaktykę (np. „Dydko i architektura” Beaty Ostrowickiej wydane przez MKiDN w 2013 roku). Cel edukacyjny wysuwał się tutaj na plan pierwszy, natomiast historia była tylko mało istotnym tłem. Tymczasem chcąc zainteresować dzieci jakimś zagadnieniem w książeczce skierowanej do nich, nie należałoby najpierw zapewnić im trochę rozrywki i zabawy? Czy naprawdę trzeba od razu zapoznawać je z terminologią branżową? Czy nie warto dać im bohatera, trochę podobnego do nich, z którym będą mogły się utożsamiać? Dydko to postać fantastyczna wyjęta ze słowiańskiego folkloru, raczej nie mógłby chodzić z waszym dzieckiem do przedszkola czy szkoły. Tymczasem Ignacy Kitek, jak najbardziej, mógłby. No i Kitek coś robi, działa, a Dydko jest tylko biernym obserwatorem. Takie dwie subtelne, niby niewielkie, ale jednak wiążące, różnice. Amen.



Słów kilka o treści. Ignacy Kitek to chłopiec, który od pierwszych miesięcy życia wykazywał wielkie zainteresowanie projektowaniem i tworzeniem różnych konstrukcji (odkładam na bok dywagacje co może w Polsce projektować architekt). Obserwujemy jego poczynania od momentu kiedy jeszcze nosi pieluchy i to z nich właśnie (zużytych) tworzy swoją pierwszą wieżę. Potem pojawiają się kolejne budowle wykonywane z dostępnych chłopcu materiałów – sfinks z piasku czy łuk z naleśników.

Jednak czysta radość tworzenia zostaje ujęta w karby instytucji, bo oto Ignaś idzie do szkoły, gdzie trafia na nauczycielkę wyjątkowo przeciwną wysokiej (w sensie horyzontalnym) architekturze. Jest to więc obrazowe pokazanie momentu, w którym marzenia zderzają się z rzeczywistością. Zwróćcie uwagę, że Ignaś tworzy tylko duże, charakterystyczne obiekty – jeszcze nie wie, że takowe projektują wybrani, a chlebem powszednim architekta (nie tylko nad Wisłą) nie nazywającego się Frank Gehry są domy jednorodzinne i przebudowy. Wszak "romantyzm budów", budów wielkich, imponujących i w ogóle "wow" to także element zachęty dla dzieci do zostania w przyszłości architektami...
 
Wracając jednak do rzeczy - pani Alinka (przeciwna pasji Ignasia nauczycielka) miała kiedyś przykrą przygodę związaną z wysokościowcem. Jej postać także jest tutaj ważna, może nie pod kątem architektury, ale świadomości dla czytającego dziecka, że a) dorośli też byli dziećmi i b) dorośli mogą zmienić swoje podejście, poglądy i zwyczaje i wreszcie c) inni mogą mieć powody do tego, żeby nie zachwycać się kreatywnością waszego dziecka. Wiele jest powodów tego, że ktoś nas w czymś blokuje. I niekiedy mogą to być istotne powody.



Autorka za pomocą nieoczywistych rymów (nawet średniówkowych!) opowiada nam historyjkę w rytmie powolnej piosenki, wersy wyrażone czcionką DIN nawet falują, płyną jak dźwięki lub woda pod rozwalonym mostkiem. Trzeba to kilkakrotnie przeczytać, aby poczuć tę frazę, wkręcić się w to rymowanie. Nie widziałem oryginału, ale tłumaczenie Łukasza Witczaka brzmi ciekawie.

Wydaje mi się, że książeczka ta stanowi udaną odpowiedź na pytanie: jak zainteresować kilkulatka zawodem architekta? Czy należy mu dokładnie opisywać czym się zajmuje architekt, czym urbanista, a czym konstruktor? Wyjaśniać co to jest rzut czy bryła? Streszczać historię architektury od starożytności do współczesności? Oczywiście można to robić, ale przede wszystkim wypadałoby chyba opowiedzieć jakąś prostą i zrozumiałą historię, w której główny akcent postawiony zostanie na coś atrakcyjnego dla dziecka. W "Ignasiu Kitku, architekcie" tak się właśnie dzieje. Pokazuje się, że można zbudować kościół z jabłek. Albo zostać na chwilę bohaterem i uratować całą klasę.

Książka „Ignaś Kitek, architekt” to również pozycja inaugurująca nowe Wydawnictwo Kinderkulka, które fajnie przemyślało swój debiut prosząc o eksperckie recenzje m.in. osoby związane z architekturą i edukowaniem o niej. Szczególnie cieszę się, że zapytano o opinię praktyków takich jak architekt Natalia Paszkowska czy Anna Stępniewska (przy okazji przypominam, że napisała ona świetny, i nieznany szerzej, zeszyt ćwiczeń ułatwiający najmłodszym kontakt z architekturą pt. „Ucieknij z pudełka. Osobisty przewodnik po nowoczesnej architekturze Gdyni”).

Jeżeli jednak żaden z powyższych argumentów nie przemawia do was, aby zaprezentować tę książkę swoim dzieciom to nadmienię, że warte uwagi są ilustracje Davida Robertsa, który szczególnie udatnie przedstawia ludzi (każdy uczeń z klasy Ignacego jest inny!), nie rozprasza milionem szczegółów i chętnie stosuje białe tło. Dzięki temu chociaż ilustracje trudno nazwać minimalistycznymi, to panuje na nich formalny porządek.

A zatem: poleca się.

/BW/


czwartek, 9 lutego 2017

Opisać muzykę dzieciom („W to mi graj. Bajki muzyczne” tekst: Justyna Bednarek, ilustracje: Józef Wilkoń)


Wiarygodne i udane artystycznie przeniesienie muzyki i wrażeń, które jej towarzyszą w materię literatury to marzenie niejednego pisarza. Czy udało się Justynie Bednarek, której książka (co akurat ma w tym przypadku duże znaczenie) skierowana została do czytelnika dziecięcego? 
 

Pozycja, o której mowa to „W to mi graj. Bajki muzyczne” (Poradnia K). Jej tytuł, a właściwie podtytuł jest trochę mylący. Nie mamy bowiem do czynienia ze zbiorem dwunastu odrębnych historii, ale z podzieloną na rozdziały jedną fabułą. Opowiada ona o prywatnej szkole muzycznej i kilku uczęszczających do niej uczniach: Karolu, Teodozji, Kasi i Antonim. Dorośli również się pojawiają (pani Genowefa, nauczycielka i dyrektorka Emilia, nauczyciel Eugeniusz), ale dzieci są najważniejsze. Wydaje mi się, że pomysł pisarki polegał na tym, aby właśnie dziecięca świadomość była katalizatorem dla odbioru i opisu wspominanych w kolejnych rozdziałach kompozycji. W każdym znajdziemy odniesienie do jednej kompozycji i są to rzeczy klasyczne, żeby nie powiedzieć pomnikowe m.in. „Marsz turecki” Mozarta, „Walc kwiatów” Czajkowskiego, „V Symfonia” Beethovena czy „Błękitna rapsodia” Gershwina. Po każdym rozdziale czytelnik znajduje też krótkie, ciekawie napisane notki biograficzne autorów kompozycji, z których może poznać najistotniejsze informacje o życiu i twórczości muzyków.


No więc tak: uważam, że książka Justyny Bednarek stanowi doskonały wstęp do rozmowy z dzieckiem o muzyce i z pewnością będzie wabikiem do poznawania muzyki dla niejednego młodego czytelnika lub słuchacza. Wydaje mi się, że z perspektywy dziecka obrazy wizualizujące muzykę zaproponowane przez autorkę będą atrakcyjne i zadziałają na wyobraźnię. Zdaję sobie sprawę przed jak trudnym zadaniem stanęła autorka tej książki - mierzy się przecież z gigantami! I na przykład uważam za pomysł bardzo dobry, żeby „Dies irae” Verdiego skojarzyć z Lordem Vaderem (z klocków Lego) i Gwiezdnymi Wojnami. To trafi do większości dzieci i mam nadzieję, że uda się to także biegającemu uchu, chłopcu unoszącemu się jak balonik, obdarzonej świadomością łodydze fasoli czy szalejącemu po domu spokojnej starości Duchowi Gór czy Mąkuchowi po mieście – bo takie obrazy pojawiają się tutaj jeden za drugim.

Być może Justyna Bednarek kierowała się myślą wyrażoną kiedyś przez Jana Błońskiego, który twierdził że „literatu­ra obdarzona muzycznością to (...) literatura, w której tkwi podskórna zmienność, bergsonowska eksplozja energii twórczej, charakterystyczny dynamizm”. Przyznam jednak, że mnie, dorosłemu czytelnikowi, te obrazy jawiły się niejednokrotnie jako zbyt przeszarżowane. Nie potrafię znaleźć na to innego słowa. Wyrażanie muzyki za pomocą słów musi być oparte na indywidualnym odczuciu i autorka robi wiele, żeby atrakcyjnie unaocznić dzieciom dźwięki. Tym niemniej przez takie nagłe skakanie z realizmu w fantastykę miałem chwilami wrażenie, że historia trochę się rozłazi, tak jakby nawiązanie do konkretnej kompozycji było w każdym z rozdziałów najważniejsze, a wydarzenia z życia szkoły muzycznej stanowiły konieczne tego dopełnienie. 



W ogóle przedstawiona w książce historia powstania szkoły muzycznej jest totalnie odrealniona, abstrahuje od polskich realiów. Trochę mnie to zdziwiło, bo Justyna Bednarek potrafi o tych realiach pamiętać nawet w historii z założenia fantastycznej, co udowodniła w „Niesamowitych przygodach dziesięciu skarpetek”. Tutaj trudno uwierzyć w istnienie czegokolwiek. Wszystko zostaje wzięte w nawias. Mam nadzieję, że ten fabularny surrealizm przysłuży się edukacyjnemu walorowi książki, a mam tę nadzieję ponieważ wierzę w literackie wyczucie autorki.

Przeszkadzali mi także w tej książce trochę mało zindywidualizowani bohaterowie. Jest ich kilku, a jednak wielokrotnie w czasie lektury musiałem cofać się, żeby "załapać", o którym z nich akurat czytam - są trochę słabo rozpoznawalni. Być może miało tak być, żeby bardziej niż bohaterów, zindywidualizować kolejne „bajki” i kompozycje. 



Sprawą osobną są ilustracje autorstwa legendarnego Józefa Wilkonia. Najbardziej lubię jego prace z lat 60. i 70., jednak i te ze wszech miar warte są uwagi. Wilkoń stworzył je przy użyciu jasnych, czystych barw (papier kredowy jeszcze je uwydatnia). Właśnie kolory przy pierwszym spojrzeniu działają przede wszystkim, kształty ludzi, zwierząt i przedmiotów zostały zaledwie naszkicowane, są mniej istotne – pozostaje to w łączności z zaproponowanym przez autorkę opisem muzycznych wrażeń. Najpierw emocje, potem jakieś kształty. Zwracają uwagę także wspaniałe portrety kompozytorów spod ręki Wilkonia. Wydaje się jakby zostały narysowane za pomocą kilku kresek.

Gdybym znowu był uczniem szkoły podstawowej nr 5 w Szklarskiej Porębie, cieszyłbym się gdyby nauczyciel na lekcjach muzyki zachęcał do słuchania, wspomagając się lekturą takiej właśnie książki. Jestem przekonany, że dobrze spełniłaby swoje zadanie. Wtedy patrzyłbym pewnie pod nogi, żeby nie nadepnąć przechodzącego ucha, dzisiaj raczej jestem bliższy tego, że na ucho nadepnął mi słoń.

/BW/


poniedziałek, 6 lutego 2017

Rośliny rządzą! („Botanicum”, tekst: Kathy Willis, ilustracje: Katie Scott)


Systematyka świata roślin? Cóż, są chyba lepsze sposoby na spędzenie wieczoru? Flora to wprawdzie temat ciekawy, ale jeżeli jest środek zimy i nie mamy akurat pod ręką łąki, lasu deszczowego czy buszu to jej poznawanie może jawić się jako mniej atrakcyjne. Bzdury, mówię wam. Jest wydawnictwo, dzięki któremu mroźne dni mogą się zazielenić, pokolorować i wybujać. Mówię o „Botanicum” prof. Kathy Willis (tekst) i Katie Scott (ilustracje) czyli opowieści o roślinach zilustrowanej w stylu dawnych encyklopedii (dokładniej rzecz biorąc: w stylu rycin tworzonych przez XIX-wiecznego niemieckiego przyrodnika Ernsta Haeckla). Rozkładówki były wtedy układane w taki sposób, że na lewej stronicy znajdował się opis jakiejś grupy roślin, a na prawej były one przedstawione w postaci artystycznego, malarskiego gąszczu, ułożonego jednak w pewnym określonym, symetrycznym i nierzadko kolorystycznym porządku (jak robił to Haeckel możecie zobaczyć tutaj: https://en.wikipedia.org/wiki/Kunstformen_der_Natur). Wielki format dzięki któremu wszystko doskonale widać a do tego feeria barw i kształtów – szybko nie przestaniecie tego oglądać. Musicie tylko zorganizować naprawdę wysoką półkę, bo nie wszędzie się ta piękna książka mieści...



Przede wszystkim chciałbym napisać słowo do tych, którzy oczekują, że znajdą w tej książce wszystkie rośliny Ziemi. Otóż nie znajdziecie tutaj wszystkich roślin. Jest to prezentacja Królewskich Ogrodów Botanicznych w Kew napisana przez dyrektorkę wydziału naukowego tej instytucji. I to właśnie flora, którą można oglądać w Kew rozrosła się i po stronach „Botanicum”. Nie są to rośliny oczywiste, przeważnie te, które dobrze znamy sąsiadują z takimi, które widzimy po raz pierwszy. Zdecydowanie jest to książka prezentująca starannie dobraną różnorodność. Autorka określa ją we wstępie mianem „muzeum”, a siebie i ilustratorkę przedstawia jako kuratorki. 



Zatem nie jest to też książka ułożona przypadkowo. Rośliny zaprezentowano zgodnie z ich ewolucją. Najpierw te najstarsze, a potem coraz „młodsze” i ewolucyjnie bardziej skomplikowane. Całość otwiera rozkładówka z imponującym drzewem genealogicznym roślin. Ilustracje Katie Scott, za które otrzymała zresztą liczne, zasłużone nagrody, są w tej książce wspaniałe. Z pewnością niejeden czytelnik chciałby je sobie oprawić i zawiesić np. w kuchni (btw: jest taka moda, żeby wieszać w kuchni stronice dawnych atlasów).
Warto zaznaczyć, że inspiracja encyklopedyczną ilustracją, nie dotyczy tekstów. Nie są to naukowe artykuły, Willis napisała je prosto i ciekawie. Żeby podręczniki do biologii były tak pisane... Wszak „sprzedanie” czytelnikom konkretnej wiedzy w sposób atrakcyjny to nie lada umiejętność.

Określanie „Botanicum” mianem książki dla dzieci i młodzieży byłoby zbyt dużym uproszczeniem i krzywdą wyrządzoną temu wydawnictwu. To jest książka dla wszystkich, którym bliskie są rośliny. Jej oglądanie i czytanie to czysta radość i naprawdę trudno to określić inaczej. 

/BW/




piątek, 27 stycznia 2017

Zaproszenie do odkrywania świata („Ala ma kota. A Ali?” tekst: Jolanta Nowaczyk, ilustracje: Daria Solak)

Niewielkich rozmiarów książeczka z Wydawnictwa Dwie Siostry jest dla czytającego (szczególnie dzieciom) sporym wyzwaniem. Nie wystarczy ją bowiem tyko przeczytać. Przeczytanie to dopiero początek przygody z odkrywaniem świata, który przedstawia to wydawnictwo (tak, świata a przynajmniej dużej jego części). Czytając dzieciom „Ala ma kota. A Ali? Zdanka pierwsza klasa” trzeba najpierw samemu zdobyć kawałek wiedzy. Poszukać, sięgnąć po parę innych książek lub choćby poguglać. Zdecydowanie nie nadaje się więc dla tych, którzy chcą jedynie odklepać 20 minut czytania przed snem.



Napisana przez Jolantę Nowaczyk (ale warto też zbiorowo skierować słowa uznania do zacnego i wcale licznego grona konsultantów!) a zilustrowana przez Darię Solak książeczka zawiera pierwsze zdania z elementarzy do nauki czytania. Elementarze pochodzą z 25 krajów. Niby niewiele, a jednak bardzo dużo.

O przeczytajmy chociażby zdanie z Brazylii: Kozioł zobaczył but. Od razu chce się zapytać: dlaczego? Dlaczego akurat but? I dlaczego kozioł? Tego właśnie musicie się dowiedzieć, bo przecież nie unikniecie takich pytań ze strony dzieci... A znalezienie odpowiedzi wymaga trochę szperania. Ale też daje do myślenia. Właśnie: czy na podstawie pierwszego zdania z elementarza jakiegoś kraju jesteśmy w stanie powiedzieć coś o tego kraju kulturze i obyczajach. Czy w tych zdaniach zawiera się danych krajów specyfika? Odnieśmy to do Polski. Czy na podstawie zdania „Ala ma kota” (które, przypomnijmy, pojawiało się w „Elementarzu” Falskiego tylko do roku 1949, w późniejszych wydaniach, tych opracowywanych jeszcze za życia autora, zdania tego nie znajdziecie!) dowolny obcokrajowiec mógłby zrozumieć jakim krajem jest Polska? Nie wydaje mi się. Gdyby przejrzał całą książkę to już mógłby wiele wywnioskować. Ale po tym zdaniu? Chyba mógłby zakładać, że nad Wisłą ludzie dbają o zwierzęta i się nimi opiekują. Niestety nasze „pierwsze zdanie” na tle innych pojawiających się w książce wypada zdecydowanie blado.




Przykładowo pierwsze zdanie afgańskie brzmi: „Bóg jest jeden”, japońskie „Wiśnie, wiśnie, wiśnie zakwitły” a irańskie „Tata dał wodę. Tata dał chleb” (tureckie i etiopskie macie powyżej na zdjęciach, a hiszpańskie na zdjęciu pod całym tekstem). Z pewnością dają one dużo większą możliwość rozpoczęcia opowieści, dostrzeżenia schowanego za nimi kontekstu. Jego odkrywanie przed dzieckiem jest na pewno fascynujące i to zarówno dla dziecka, jak i dla odkrywającego.

A więc z jednej strony jest to książka dla dorosłych, która z pewnością zainteresuje i  antropologa, i językoznawcę, i pedagoga. Z drugiej jest wartościową pozycją dla dzieci, bo trochę tylnymi drzwiami, ale uczy co to jest tolerancja, pokazuje różnorodność świata i jednocześnie akcentuje podobieństwa między ludźmi. „Ala ma kota. A Ali?” stanowi swoisty przypadek książki interaktywnej, w której wiele trzeba dodać od siebie.

Jeżeli więc macie ochotę zmierzyć się z lekturą, w której słowa i ilustracje są tylko wierzchołkiem góry lodowej to nie powinniście się zastanawiać.

/BW/


Share

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...