sobota, 18 marca 2017

Obrazkowe książki drogi („5 złotych” koncepcja: Jae-hyuk Cha i Eun-young Choi, ilustracje: Eun-young Choi, „Pociągiem” Vincent Bourgeau)


Lubię „kino drogi”, podobnie jak lubię wędrówkę, podróż czy drogę jako motyw fabularny powieści, wierszy czy utworów scenicznych. Pozwólcie, że nie wymienię przykładów, bo (cytując Bohdana Zadurę) ten wpis nigdy by się nie skończył. Wyruszenie w drogę to dla mnie coś nierozerwalnie związanego z człowiekiem, z jego postrzeganiem świata, przy czym podróżować można zarówno przez kontynenty, cztery kąty pokoju jak i w głąb samego siebie. 
 
Dlatego przy nadarzającej się właśnie okazji, postanowiłem sprawić sobie (a może i wam) trochę radości i wprowadzić kategorię „obrazkowej książki drogi”. Co w niej znajdziecie? Bohaterowie podróżują tam z punktu A do punktu B, a droga powoduje rozmaite zmiany (drobne czy olbrzymie), w ich codziennym życiu. I oczywiście wszystko odbywa się tylko na obrazkach, nie pada ani jedno słowo, albowiem w podróży to właśnie wzrok powinien być zmysłem, który przynajmniej na początku, jest najbardziej dopieszczany. A skoro nazwę i szkicową definicję już mamy, to od razu wskazuję dwóch świeżo wydanych „przedstawicieli”: „5 złotych” Jae-hyuk Cha i Eun-young Choi (Wydawnictwo Dwie Siostry) oraz „Pociągiem” Vincenta Bourgeau (Wydawnictwo Zakamarki).








Bywa, że wędrówka rozpoczyna się nagle. I często jest tak, że ta, do której się starannie przygotowujemy czyli pakujemy walizki według poradników, wertujemy przewodniki i zabieramy dodatkowy płyn do soczewek, okazuje się mniej ekscytująca niż wędrówka z przypadku.

Pewien chłopiec znajduje 5 złotych. W domu, pod stolikiem. Obok śpiącego dziadka, pod nogami zapracowanej mamy i siostry wychodzącej do szkoły, znajduje razem z wiernym towarzyszem swoich zabaw – psem. Znajduje monetę, która zapodziała się w domowym rozgardiaszu. Czy 5 złotych jest dużą sumą? I co można za tę sumę kupić? Chłopiec postanawia to sprawdzić i wychodzi na miasto. Przez kolejną godzinę poświęca się bez reszty oglądaniu sklepowych witryn. Czy chłopiec może tak po prostu wyjść z domu? Wiecie, w dzisiejszych czasach itd.? Ile kosztują przedmioty, które widzi na wystawach? Dlaczego współczesny świat oparty jest na kupowaniu? Każdy może tę historię opowiedzieć trochę inaczej. Z jednej strony książka koreańskich autorów traktuje o przygodzie małego chłopca, który być może po raz pierwszy w życiu podjął jakąś istotną decyzję, z drugiej o świecie jako miejscu, gdzie wciąż czujemy potrzebę/przymus/nałóg kupowania, z trzeciej właśnie o drodze, której zwieńczeniem jest wartościowa nauka. Jaka? Opowiadajcie sobie sami.




„Pociągiem” to historia o podróży koleją. Ciuchcią jadą: chłopiec z balonikiem, pies, słoń i rzecz jasna maszynista. Na stacji wsiada zebra, posiadaczka – jak się okazuje – bardzo niesfornych pasków. Książka ma podłużny format, wiem że jest to charakterystyczne dla serii „Historie bez słów”, ale jako żywo kojarzy mi się z wydaniem tuwimowskiej „Lokomotywy”. Cóż, w Polsce każda książka dla dzieci o pociągu/pociągach musi zostać podświadomie bądź świadomie odniesiona do evergreenu Tuwima.

Przez kolejne rozkładówki, od lewej do prawej biegnie tor, często wylot i wlot chowają się w tunelach i za każdym razem mały składzik wpada w zupełnie nowe otoczenie (a przy tym ma swoje, że się tak wyrażę, problemy). Wiecie jak to z pociągu: raz się krowy pasą, raz samochody stoją za szlabanem, raz ludzie wychodzą przed domy i się gapią. Tutaj jest podobnie, z tą różnicą, że ta zewnętrzna względem pociągu przestrzeń także bierze udział w historii. W jaki sposób bierze? Tego nie będę zdradzał. W świecie, który oglądamy przez okna dostrzegam wiele cech uniwersum XIX-wiecznego, z początków industrializacji i kolejnictwa, szczególnie widać to w narysowanej architekturze. Ale kwestię czy jest to historia ucząca spostrzegawczości, krytyka industrializacji czy wesoła „ballada wagonowa”  to już zostawiam kreatywności waszych dzieci.

Przecież (czego dowodzą dwie powyższe książki) w drodze rozumiemy się bez słów.

/BW/






wtorek, 14 marca 2017

Palcem po mieście („Atlas miast”, tekst: Georgia Cherry, ilustracje: Martin Haake)


Czytaliśmy właśnie „Krzesiwo” Jana Christiana Andersena, gdzie (jak pewnie pamiętacie), pojawiają się trzy psy, pilnujące skrzyń z monetami – pierwszy ma oczy jak spodki filiżanek, drugi jak młyńskie koła a trzeci jak Okrągła Wieża (Rundetårn) w Kopenhadze.

- Tato, a jak wygląda ta okrągła wieża? – zapytał Kostek.


Akurat tak się złożyło, że pod ręką leżał „Atlas miast” Georgii Cherry i Martina Haakego. Sięgnąłem po książkę i tak się zaczęło. Trafiliśmy w sam środek miejskiego zgiełku. Pamiętam jak kiedyś z Kasią byliśmy w Paryżu i wysiedliśmy z metra jeden przystanek za wcześnie. Wynurzyliśmy się z podziemi i porwał nas wielobarwny tłum jakiejś zupełnie nieznanej ulicy. Sprzedawcy nawoływali, kloszardzi wyciągali ręce, samochody trąbiły a w powietrzu unosił się... Nie, nie smog. Unosił się zapach nieznanego miasta, będący konglomeratem woni przyjemnych i nieprzyjemnych. Liści, owoców, perfum, aromatów z knajpek i kafejek, spalin. Otworzenie „Atlasu miast” wydanego przez Naszą Księgarnię pozwala trochę poczuć ten klimat.



Książka nie daje może wrażeń zapachowych – chyba że ktoś lubi wąchać drukarską farbę (przyznam, że ja lubię), ale inne wrażenia i owszem, zapewnia. Poznawanie za jego pomocą miast całego świata przypomina właśnie zanurzanie się w kolorach i różnorodności.
Miast jest tutaj 30, w tym Warszawa. Na dużych rozkładówkach, dla których tłem jest szkicowa mapa metropolii znajdujemy różnej wielkości rysunki jej atrakcji:  budowli, ludzi, zwierząt. Każdy rysunek został krótko opisany, akurat taką ilością słów, żeby zainteresować małego czytelnika (lub słuchacza). Warto zwrócić uwagę, że twórcy wyszczególnili w miastach atrakcje skierowane stricte do dzieci – dlatego (zgodnie zresztą z podtytułem „Podróżuj po świecie z przewodnikiem po 30 miastach”) książka stanowić może wspaniały przewodnik, w sam raz żeby zabrać w podróż. Oczywiście powinno się go stosować także wcześniej, jako zachętę do odwiedzenia, tym bardziej że autorzy dla mniej zainteresowanych pociech przygotowali zabawę w znajdowanie charakterystycznych elementów dla danego miasta w liczbie 5 sztuk. W Londynie szukamy piętrowych autobusów, w Nowym Jorku żółtych taksówek, w Barcelonie byków a w Kopenhadze rowerów.

A kiedy wasze dzieci odnajdą już wszystkie bicykle w stolicy Danii to chciałem tylko zdradzić, że nie znajdą tam, niestety, Okrągłej Wieży. Cóż... szukanie jest przeważnie o wiele ciekawsze od znajdowania, a wie to chyba każdy kto chociaż raz w życiu, bez celu, włóczył się po jakimś wspaniałym mieście. Albo chociażby palcem po jego mapie.

/BW/




poniedziałek, 6 marca 2017

Czy istnieje normalność? („Inny niż wszyscy” tekst: Per Nilsson, ilustracje: Pija Lindenbaum)


Druga wydana u nas książka Pera Nilssona o Dawidzie i jego szkolnych przygodach idealnie trafiła w swój czas. Wydawnictwo Zakamarki wypuściło ją na rynek akurat po aferze na Uniwersytecie w Białymstoku, gdzie jeden z profesorów nie wpuścił na zajęcia studenta z zespołem Aspergera, a w napisanym potem felietonie określił go jako osobę „niezrównoważoną psychicznie”, która nie powinna zostać przyjęta na wyższą uczelnię. Rzadki to przypadek żeby wydanie książki dla dzieci/młodzieży wpisywało się w bieg wydarzeń społeczno-politycznych. Tutaj tak się jednak stało. Z jednej strony mam świadomość, że to zbieg okoliczności, z drugiej podobno nic się nie dzieje przypadkowo... Pamiętałem więc o tym bieżącym kontekście biorąc do ręki książkę „Inny niż wszyscy”, ale lektura utwierdziła mnie w przekonaniu, że jest to opowieść bardzo uniwersalna, w której zespół Aspergera to tylko punkt wyjścia do rozważań, o tym czym jest normalność i kto z nas może się za normalnego podawać...


Czytałem Nilssona po „Morzu cichym”, gdzie autor pozwalał czytelnikowi wniknąć w świat niesłyszącego chłopca. W historii Dawida jest inaczej. Opowieść ta pokazuje osobę nieprzystosowaną, inną właśnie z zewnątrz, przez pryzmat tych, którzy na nią patrzą. Recenzje książek dla dzieci także powinny moim zdaniem mieć wartości edukacyjne a zatem powiedzmy od razu głośno i wyraźnie: zespół Aspergera nie jest chorobą psychiczną, jest to zaburzenie rozwojowe. I cytując dalej wikipedię: „Zaburzenie to obejmuje przede wszystkim upośledzenie umiejętności społecznych, trudności w akceptowaniu zmian, ograniczoną elastyczność myślenia przy braku upośledzenia umysłowego oraz szczególnie pochłaniające, obsesyjne zainteresowania, natomiast rozwój mowy oraz rozwój poznawczy przebiega bardziej prawidłowo w porównaniu do autyzmu dziecięcego”.

Wydaje się, że profesor uniwersytecki powinien posiadać wiedzę na temat tego o czym się wypowiada – jego chybione rozważania to jednak dowód jak bardzo potrzeba nam książek takich jak „Inny niż wszyscy”. Pozycja ta powinna od razu zostać włączona do kanonu szkolnych lektur. Cóż kiedy u nas co najwyżej doczeka się pewnie łatki „postępu po szwedzku”, jak to elokwentnie określił jeden z anonimowych komentatorów bloga CCKiM (komentarz dotyczył polskiej książki, zresztą jak ktoś chce spojrzeć to można tutaj).




Fabułę stanowi historia relacji Dawida i całej klasy z ich kolegą Oskarem, chłopcem z zespołem Aspergera. Większość uczniów (z wyjątkiem Frederika) akceptuje fakt, że Oskar niekiedy zachowuje się inaczej i żyje trochę w swoim świecie. Zmiana spojrzenia następuje, kiedy nauczycielka opowiada w klasie czym jest zespół Aspergera...

Podobnie jak w „Zakochałem się w Milenie”, gdzie chłopiec próbował różnymi metodami zaskarbić sobie względy szkolnej koleżanki, ale jednocześnie dostawaliśmy (dorośli) wiwisekcję postaw mężczyzn wobec kobiet – tak samo tekst książki „Inny niż wszyscy” można odczytywać na dwa sposoby. Z jednej strony opowiada ona o kimś niedopasowanym, odrzuconym lub częściowo odrzuconym przez jakąś grupę. To stały i ograny temat literatury szkolnej. Z drugiej strony znajdziemy tutaj rozważania o tym czym jest norma. Czy ktokolwiek z nas może powiedzieć o sobie, że jest normalny? To opowieść podważająca naszą skłonność do łatwego ferowania wyroków, przypominająca, że wytykanie innym faktu „niepasowania” często jest próbą ukrycia własnych obaw i słabości. Dawid idzie do swoich bliskich – do mamy, taty, Krillego, Mileny i pyta: czy jestem normalny? Jego szczęściem jest, że nikt mu nie odpowiada: tak. Tato mówi:

„Nie ma normalnych ludzi (...) Nikt nie jest zwyczajny. Jesteśmy niezwyczajni i nienormalni na różne sposoby”.

Zacząłem się zastanawiać co powiedziałbym mojemu Kostkowi, gdyby przyszedł do mnie z takim pytaniem... Wcześniej chyba bym go w tym utwierdzał. To jednak nie byłaby dobra droga. Przyznaję, że mi Nilsson trochę oczy otworzył.



Warto też odnotować, że „Inny niż wszyscy” nie zapomina o tym, że po części stanowi kontynuację „Zakochałem się w Milenie”.  Nie jest to historia poboczna, w której małomówna dziewczyna z oczami jak dwa czarne słońca została pokazana na drugim planie. Przestała już być wprawdzie niedostępnym obiektem marzeń i stała się fizyczną bohaterką, z którą Dawid rozmawia. Trzeba przyznać, że jest to wcielenie ciekawsze. Milena ma lapidarne i niezwykle cenne przemyślenia – to dzięki niej główny bohater odzyskuje spokój. Jej dojrzałość kontrastuje z wątpliwościami Dawida. Zwraca uwagę opis ich „sam na sam” w garderobie – Nilsson opisał to naturalnie, a jednocześnie sugestywnie. Oczywiście po raz kolejny doceniam translatorską biegłość Marty Rey-Radlińskiej.

Mądra książka dla młodych czytelników, którą, jak się okazuje, powinni czytać także profesorowie. Ja bardzo wiele się z niej nauczyłem.


/BW/




czwartek, 2 marca 2017

Szum, którego nie słychać („Morze ciche” tekst: Jeroen Van Haele, ilustracje: Sabien Clement)


Książka ta należy do kategorii lektur, o których nie należy zbyt wiele pisać. Czytanie – taki powinien być podstawowy, żeby nie powiedzieć jedyny, sposób kontaktu z pozycją autorstwa Jeroena Van Haele, właśnie po raz kolejny wznowioną przez Naszą Księgarnię. Zdaję sobie jednak sprawę, że taka enigmatyczna rekomendacja nie przekona zbyt wielu czytelników, którzy mierzyć się muszą z comiesięcznym zalewem wydawniczych nowości. A zatem najkrócej jak się tylko da…


Tytuł wizualizuje przed oczami bezkresną taflę spokojnego, nieporuszonego wiatrem morza, co jest widokiem tyleż kojącym, co na dłuższą metę monotonnym czy, jakkolwiek brzmiałoby to bez sensu, klaustrofobicznym. I taka poniekąd jest ta książka. Z jednej strony uspokaja, z drugiej niepokoi. Niewiele tutaj słów, ale te które są wydają się ciężkie od znaczeń.

Rzecz dzieje się latem, w małej, nadmorskiej wiosce (może w Hiszpanii?). Mieszka tutaj Emilio, niesłyszący chłopiec. Mieszka z mamą, ojcem (określa go mianem „starego”) i siostrą Laurą. Ojciec nie akceptuje niepełnosprawności Emilia, wkrótce po urodzeniu córki, znika z domu. Wtedy w życiu chłopca pojawia się przyjaciel rodziny Javier, mężczyzna prowadzący sklep, dawniej rybak, który potrafi, jako jedyny złapać z Emilem kontakt. Już wcześniej był gdzieś obok, blisko, ale dopiero teraz chłopiec znajduje w nim prawdziwe oparcie. Wcale nie zajmuje miejsca ojca, nie poślubia matki Emilia. Przede wszystkim staje się najbliższym przyjacielem. Emilio nie może uwierzyć, że morze szumi. Javier pokazuje mu jak tego doświadczyć. Ważną postacią jest też senora Anna psycholożka, która prowadzi terapię chłopca i chce sprawić, aby Emilio zaczął mówić.



To niewielka (także rozmiarowo) książeczka, na pierwszy rzut oka wydawać się może obrazkiem delikatnie namalowanym pastelami, ale to pozory, bo wewnątrz kipi od emocji. Narracja prowadzona jest w formie pierwszoosobowego monologu Emilia. Jeroen Van Haele w sposób niezwykle sensualny i wysublimowany przybliża czytelnikom odczucia osoby niesłyszącej. Poznajemy je niejako od środka, co wydaje mi się głównym atutem tej opowieści. Autor pokazuje jak na niepełnosprawność chłopca reaguje otoczenie, jak próbuje on odnaleźć się w relacjach z innymi ludźmi. Świat mimo iż przybiera tutaj postać sielskiej nadmorskiej wioski wcale nie jest piękny i idealny. Nie ma tutaj łatwych pocieszeń i łatwych odpowiedzi. Przy tym tekst jest bardzo poetycki (tłumaczenie Jadwiga Jędryas), podzielony na fragmenty różnej długości, na kartkach dużo bieli, puste strony, do tego sugestywne, graficzne ilustracje Sabien Clement.

To opowieść o świecie dziecka niepełnosprawnego, ale siła „Morza cichego” tkwi w tym, że nie ogranicza się tylko do niepełnosprawności. Jej wymowa jest bardziej uniwersalna. Uczy na czym polega przyjaźń, zawiera wiele ważnych słów o śmierci. Niesłyszącym chłopcem w starciu ze światem może być każdy z nas.

Oto przykład jak prosto pisać o trudnych problemach. Dobrze, że istnieją takie książki.

/BW/



piątek, 24 lutego 2017

Pożytki z czytania i akceptacji („Kajtek, uważaj! Mały miłośnik książek zakłada okulary” tekst: Jennifer Berne, ilustracje: Keith Bendis)


Sympatyczna historyjka o szpaku Kajtku cierpiącym na dalekowzroczność. Z pewnością przyda się rodzicom, których dzieci muszą nosić okulary, ale nie tylko. Trochę tutaj o akceptacji, trochę o pożytkach płynących z lektury i miłości do książek, trochę o logicznym myśleniu, a do tego kilka informacji historyczno-naukowych. Na pewno warto sięgnąć i przeczytać dzieciom. Moim bardzo się podobało.


Kajtek jest wielbicielem czytania i poznajemy go, gdy przesiaduje w bibliotece. Właśnie tam, podczas lektury zdaje sobie sprawę ze swojego problemu ze wzrokiem. Od razu udaje się do okulisty, który zaleca mu noszenie okularów. Nowy wygląd ptaka nie znajduje jednak uznania szpaczej społeczności. Dopiero kiedy okulary pomogą w kryzysowej chwili, inni dochodzą do wniosku, że jest to rzecz przydatna, czy wręcz taka, którą można się chwalić. Wkrótce Kajtek przestanie być więc jedynym „okularnikiem” w stadzie… 



Teraz tak: główny bohater tej historii da się lubić. Na stronie autorki widziałem, że powstała jeszcze jedna książka o jego przygodach pt. „Calvin can’t fly”. Dobrze, bo rzecz aż prosi się o trochę rozwinięcia. Przyznam, że trochę mi tego tutaj brakowało - poszerzenia tła głównej opowieści, takiego większego fabularnego oddechu. Świat, który poznajemy czyli to Leśne Miasteczko z biblioteką, usługami i sklepami ma potencjał. Być może nie powstałby z tego od razu jakiś bardzo nowatorski i odkrywczy, alternatywny świat zwierząt, ale historia z pewnością stałby się pełniejsza. Tymczasem większość informacji o kajtkowym uniwersum odczytujemy z ilustracji Keitha Bendisa, który na dużych kwadratowych stronach rysuje dosyć mini.
Od razu może jeszcze dodam, że bardzo mi się nie podobało polskie liternictwo wstawione do oryginalnych ilustracji – czcionki, których użyto do spolszczenia stojących na półkach biblioteki tytułów książek czy wiszących na drzewach szyldów wyglądają jak kwiatek do kożucha, albo raczej kożuch do kwiatka. Robi to źle tym całkiem przyjemnym ilustracjom.

Pomijając jednak drobne minusy przesłanie, a raczej przesłania, „Kajtek, uważaj” bardzo mi odpowiadają i uważam, że są ważne, wartościowe i warte promowania. Po pierwsze więc z książek można czerpać wiedzę, która przydaje się w życiu. Po drugie: akceptacja inności wychodzi naszym dzieciom i nam na zdrowie. Czytajmy więc i akceptujmy!

/BW/




środa, 22 lutego 2017

Baśnie według Gabrieli Mistral („Czerwony kapturek”, „Śpiąca królewna” tekst: Gabriela Mistral, ilustracje: Paloma Valdivia do „Czerwonego Kapturka”, Carmen Cardemil do „Śpiącej Królewny”)


Dwie klasyczne baśnie opowiedziane wierszem w latach 20. przez chilijską poetkę (i laureatkę Nagrody Nobla z 1945 roku) Gabrielę Mistral (1889-1957). Polskie przekłady poezji Mistral są w Polsce właściwie nie do zdobycia, dlatego dobrze, że Nasza Księgarnia zdecydowała się wydać jej baśnie. Przede wszystkim zwraca uwagę forma wydania – wspaniałe ilustracje (trudny wybór, ale dla mnie wygrywa „Czerwony Kapturek”), okładka z grubego, szarego kartonu... Te książki to po prostu piękne przedmioty, które chce się trzymać w rękach i przeglądać. Ich forma zdobyła zresztą wiele nagród (m.in. w Bolonii).
Ale wygląd to nie wszystko. Baśnie  nie są wcale dla poetki rodzajem pisarskiej odskoczni (napisała jeszcze „Kopciuszka” i „Królewnę Śnieżkę”), ale podejmują wątki i styl jej podstawowej twórczości. Nie miejsce tutaj na dokładne analizowanie specyfiki tej poezji – napiszę tylko tyle, że Gabriela Mistral urodziła się na wsi i wątki związane z naturą, ziemią, doświadczaniem rzeczy, ale też ludową skłonnością do snucia opowieści są ważnymi elementami jej pisarstwa. Widocznymi także w baśniach. 


W obu książkach znajdziemy na końcu krótkie posłowia autorstwa Manuela Peñy Muñoza, które są niezwykle pomocne w pełniejszym zrozumieniu tych tekstów. Ale wcale nie musicie ich czytać. Nie myślcie, że to jest martwa literatura, którą reanimować trzeba historycznoliterackim posłowiem! Tekst poetycki broni się sam, jest pięknie napisany i pięknie przetłumaczony (Krystyna Rodowska!). Liryka to oszczędna, sugestywna. Pewnie w mainstreamie się nie przyjmie, ale cóż… jego strata. Mainstreamu znaczy.

Gabriela Mistral opowiada znane fabuły baśniowe przy wykorzystaniu z rzadka rymowanego a chwilami białego wiersza. Taka forma pozwala czytelnikowi spojrzeć na te klasyczne i przemielone w tysiącach wersji historie w zupełnie inny sposób. Albowiem poetka oprócz tego, że snuje główną archetypiczną opowieść wprowadza mnóstwo dodatkowych smaczków - porównań, poetyckich „pochyleń” nad szczegółami, w sposób bezpośredni pisze o zmysłowości i seksualności. 




Chilijska poetka zaadaptowała baśnie znane w wersjach autorstwa Charlesa Perrault’a. Dlatego „Czerwony Kapturek”, który kończy się pożarciem przez wilka dziewczynki (w „Śpiącej królewnie” różnice nie są tak widoczne). Nie ma tutaj myśliwego czy drwala, którzy rozcinają brzuch i uwalniają Kapturka. Tak było w wersji braci Grimm. Perrault pisał jednak swoje baśnie tyleż dla zabawy, co w określonych edukacyjnych celach a w CZK brzmi on: „Piękne młode dziewczęta źle czynią, jeśli dają posłuch osobom wszelkiego rodzaju; nie można się wtedy dziwić, że stają się łupem wilka”. Bettelheim twierdził, że wersje Perrault’a nie są baśniami, ale „opowieściami ku przestrodze”, tymczasem „baśń jest wielopłaszczyznowa i ma wiele znaczeń, tylko samo dziecko może wiedzieć, które z nich są dla niego ważne w danym momencie. (…) Ale możliwe to jest tylko wtedy, jeżeli dziecku nie wyłuszcza się z dydaktycznymi intencjami, o czym niby jest dana historia”. Myślenie Bettelheima jest mi bliskie, ale nie chciałbym wchodzić tutaj głębiej w te kwestie. Rozumiem, że dla poetyckich celów wersja Perrault’a mogła wydać się Mistral bardziej atrakcyjna. 



Pod piórem noblistki to historia krótka, skondensowana, ale też chwilami drastyczna, nie uciekająca się do zawoalowanych sugestii – relacja wilka i dziewczynki nacechowana jest seksualnością i cielesnością. Wielu zapewne powie, że to obrazowanie jest nieodpowiednie dla małych dzieci. Drastyczność to jednak nierozłączny, ważny element baśni – prędzej martwiłbym się czy dziecko jest w stanie przyswoić niełatwą poetycką formę.

Ja czytałem i słuchali z zainteresowaniem, ale trudno mi przewiedzieć reakcję waszych dzieci. Nie martwcie się jednak, najwyżej książki te powędrują do waszej biblioteczki. Z pewnością są tego warte.

PS Szkoda, że posłowia oraz biogramów poetki i tłumaczki nie uzupełniono biogramami ilustratorek...

/BW/



czwartek, 16 lutego 2017

Przyjemne i pożyteczne („Siedmiu wspaniałych i sześć innych nie całkiem nieznanych historii”, tekst: Roksana Jędrzejewska-Wróbel, ilustracje: Marianna Oklejak)


Uwspółcześnianie klasycznych baśni to jeden z popularnych nurtów w literaturze dziecięcej. Pewnie w przypadku nas (czyli czytelników) działa tutaj zasada, że najlepiej lubimy te „piosenki”, które już znamy. Ale nie można przecież zapominać o sile baśniowych historii i ukrytych w nich znaczeniach – to one sprawiają, że baśnie do dziś nie straciły swojej atrakcyjności. Zaś dla pisarzy taka zabawa konwencją to pewnie spora adrenalina. Mam nadzieję, że czuła ją również Roksana Jędrzejewska-Wróbel, autorka „Siedmiu wspaniałych”. Trzecie wydanie tego zbioru (ze wspaniałymi ilustracjami Marianny Oklejak) niedawno ukazało się w Wydawnictwie Bajka


Nie znałem wcześniej tej książki i przyznaję – miałem obawy. Chyba z racji tego, że pisania na nowo starych baśni podejmowało się wielu pisarzy i niestety często efekt był literacko bardzo powierzchowny. Podobnie zresztą jak powierzchowne bywają utwory dla dzieci określane jako terapeutyczne (wyjaśnię może, że tak w zasadzie funkcjonują teksty Jędrzejewskiej-Wróbel zawarte w tym tomie - jako bajki terapeutyczne wykorzystujące znane baśniowe motywy). Miałem z takimi tekstami kontakt wielokrotnie, bo wiecie człowiek sobie myśli, że jak będzie czytał to uchroni dziecko przed niebezpieczeństwami tego świata. Czytałem. I przeważnie brzmiały jak wypracowania na zadane tematy (a piszą je często doświadczeni autorzy!). Autorka „Siedmiu wspaniałych” uniknęła tej sztuczności. Okazuje się, że baśniowe rekwizytorium wciąż może być źródłem świeżej inspiracji. Rekwizytorium to umożliwia grę z konwencją, puszczanie oka do czytelnika, który może wyłapywać podobieństwa i różnice. I przy tym wszystkim problemy tutaj poruszane są naprawdę aktualne!



Książka została napisana w roku 2010 i od tego czasu wiele się nie zmieniło, a wręcz zagrożenia opisane w „Siedmiu wspaniałych” jeszcze bardziej się wyostrzyły. Przede wszystkim czuć, że autorka dogłębnie przemyślała wersje klasyczne, rozłożyła je na czynniki podstawowe i potem misternie poukładała nowe konstrukcje, nie ograniczając się do przenoszenia baśniowej historii do naszych czasów, ale często zmieniając zupełnie role i charaktery postaci – np. w „Trzech obrotnych świnkach” to wilk jest uosobieniem beztroski i spokoju i jest narażony na „atak” świnek-akwizytorek, a w „Kapciuszku” w roli Kopciuszka występuję matka, a nie córka. Co jest wartościowe – każda przedstawiona tutaj historia nie została ograniczona do prezentacji jednego problemu – np. „Wieża sławy” to krytyka celebryckiego podejścia do życia, ale też planowania przez rodziców przyszłości dziecka bez pytania go o zdanie, a „Trzy obrotne świnki” to ostrzeżenie przed nieuczciwymi akwizytorami, ale też krytyka konsumpcyjnego stylu życia. I bohaterowie, chociaż pochodzą ze znanych baśni, po drobnym „liftingu” dobrze pasują do współczesności, bez większych problemów jesteśmy w stanie uwierzyć w ich istnienie.

W książce znajdują się teksty różnej długości – mnie najbardziej przekonały te krótsze jak „Kapciuszek”, „Trzy obrotne świnki” czy tytułowe „Siedmiu wspaniałych”. Dla dobrze, podkreślam dobrze, znających oryginały lektura tej książki to także duża przyjemność odnajdowania baśniowych motywów, postaci, przedmiotów.

Baśnie najbardziej lubię w wersjach oryginalnych (bracia Grimm są mi najbliżsi), tym niemniej czytanie „nie całkiem nieznanych historii” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel okazało się dla mnie (i oczywiście moich dzieci!) przyjemne i pożyteczne.

/BW/




Share

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...